Rzecz działa się na lotnisku…

Właśnie sobie przypomniałam, że na moim blogu ciągle nie ma nic o naszych wakacjach. Żadnych konkretów! Żadnych! :) Zabierałam się za ten temat już wiele razy ale jak widać, nie do końca mi wyszło. :)

Trzeba nadrobić zaległości. :) Na pierwszy wakacyjny „rzut” weźmy więc lotnisko.

13390770_1015558338525274_2080051495_n

Nie było mi dane w życiu latać samolotami. Pierwszy i ostatni raz leciałam trzy lata temu z 1,5 roczną córką. Ten lot był dla nas wyzwaniem. Teraz lecieliśmy wszyscy. Z niespełna rocznym synem. Wiedziałam, że podróż nie będzie chwilą relaksu, momentem ciszy, czasem na poczytanie książki. Spodziewałam się właściwie wszystkiego, bo wiadomo, że roczne dziecko niełatwo jest utrzymać w miejscu przez 2,5 godziny. Czteroletnie też. :) No i nigdy nie wiadomo jak dzieci zareagują na zmianę ciśnienia. Niepotrzebnie zaczęłam się więc stresować „na zapas”. Pakowanie walizek od początku szło mi jakoś opornie. Chcieliśmy zmieścić się w bagaż podręczny więc wszystko musiało być przemyślane. Najwięcej rzeczy oczywiście miał młody. :) Trzeba było upchać jego buteleczki, pieluszeczki, mleczka, przekąseczki i wszystkie inne „dodatki” tak, by wszystko miało swoje miejsce i było „pod ręką”. Godzinę przed wyjazdem z domu dopadł mnie stres. Taki z prawdziwego zdarzenia. Wiecie…to uczucie, że z pewnością nie spakowałam czegoś NAJWAŻNIEJSZEGO! :) Zerknęłam na swoją top listę i co kwadrans upewniałam się czy wszystko jest w torbach. W drodze na lotnisko zahaczyliśmy jeszcze o mieszkanie mojej mamy, by zostawić jej klucze. Jak na babcię przystało, wcisnęła mi do ręki reklamówkę pełną prowiantu dla dzieci- soczki, musy, biszkopty… Pół drogi na lotnisko zastanawiałam się jak ja z tym wejdę, gdzie ja to upcham, przecież już nawet igły nie wcisnę do żadnej z walizek! Po kilku próbach udało się wszystko zapakować, trochę tu i trochę tam. :)
Dotarliśmy na miejsce. Pożegnaliśmy się z kolegą, który odwiózł nas na lotnisko i poszliśmy okleić wózek. Tam spotkała nas pierwsza niespodzianka. Pewna przemiła Pani stojąca przy bramkach zechciała zmierzyć nasze walizki. Dokładniej jedną, tę najbardziej zapchaną, zapakowaną i zniekształconą poprzez wystające z każdej strony sandały, lalki, butelki na mleko. 2 centymetry za duża!!! No szlag! Szybko zostaliśmy poinformowani, że wystarczy dopłacić zaledwie 170 zł i po problemie. W obawie o nasz wakacyjny budżet postanowiliśmy się przepakować. No ale wiadomo…walizki na drzewie nie rosną! Przypomniałam sobie, że wspomniany wcześniej kolega, w bagażniku swojego samochodu miał torbę. Taką większą torbę na swoje prywatne rzeczy. Złapałam za telefon i prawie błagałam go, by wrócił. Na szczęście wszystko działo się tak szybko, że ten nie zdążył opuścić jeszcze terenu lotniska. Daliśmy mu naszą walizkę, a on nam swoją. Na środku lotniska przepakowywaliśmy rzeczy. Pieluchy młodego latały w powietrzu! Wróciliśmy na odprawę. Tym razem wymiary mieściły się w normie.

Ściągamy z siebie wszystko co ściągnąć trzeba, z bagażu wyjmujemy to co uważamy za słuszne. Szczęśliwi kładziemy walizki na taśmę i….walizki wracają. Przekopuję wszystko raz jeszcze. Przypominam sobie, że gdzieś był przecież mój krem do twarzy i obwiniam dziada za zamieszanie. Odnajduję, wyjmuję i znów kładę wszystko na taśmę. Torby wracają. Te nieszczęsne musy i soczki!!! Wiedziałam, że nie wpuszczą nas z nimi do samolotu. Nie mam jednak zielonego pojęcia, gdzie mam ich szukać. Kopię, przeszukuję, przetrzepuję każdy bagaż, by wyjąć cały zestaw i nie zostawić w torbach NIC co mogłoby spowodować ich kolejny powrót. Kładę je znów na taśmę. Cholera! Jedna znów wraca! No tak… cały ekwipunek leków dla dzieci… Te na wypadek biegunki, gorączki, katarku, kaszelku i bólu czubka nosa już dawno wyjęłam ale ciągle brakuje mi kropelek do oczu córki. Po wielkich trudach wyjmuję z torby to mikroskopijne opakowanie z płynem w środku. Bagaż został zaakceptowany. My prawie zginęliśmy od spojrzeń ludzi za nami. Uratowało nas tylko to, że ich bagaż też wrócił dwukrotnie. :D
Przez bramki przechodzi mąż. Człowiek został zaakceptowany. W sensie, że lecieć może. Przechodzi więc córka. Bramki piszczą. Alarmują wręcz, że coś nie gra. Facet po drugiej stronie bramek pobiegł szybko po koleżankę po fachu, by ta przeszukała naszą córkę. Młoda pełna dumy i zadowolenia rozłożyła rączki i pozwoliła zajrzeć sobie nawet pod pachy. Ach…ta radość w jej oczach! Przechodzę ja z synem na rękach. Bramki piszczą. Najpierw zostałam przeszukana ja, potem przeszukiwali syna. No widok dziwny… Młodemu najwyraźniej też się podobało, bo zupełnie się nie sprzeciwiał. :) Nic nie znaleźli, a my w ostatniej prawie chwili zdążyliśmy wsiąść do samolotu. :)
Po całej tej odprawie czułam się mniej więcej tak jakbym przebiegła maraton z synem na plecach. Totalny brak sił, niepotrzebny stres i gonitwa.

13401275_1015558331858608_683412914_n

Wracając do domu, było już znacznie łatwiej. W jednej torbie miałam wszystko co trzeba było wyjąć i jedyną rzeczą, którą sprawdzali była woda w butelce na mleko. Równe 100 ml. Wedle wszelkich norm dopuszczalnych. :)

Podróżowanie z dziećmi to nie lada wyzwanie! :)

Pozdrawiam,
M.

2 comments on “Rzecz działa się na lotnisku…

  1. Zawsze, kiedy wraca się z wyprawy jest lżej.:-) Chooociaż musiałabyś ponieść walizki mojej mamy, bądź siostry – masakra jakaś i bez różnicy, czy jadą dopiero, czy wracają. :D
    DObrze wam było, aaaaż zazdroszczę!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *