Gdy zostajesz mamą!

Każda z nas żyje swoim życiem. Każda z nas ma swoje zasady, postanowienia i funkcjonuje według obranych przez siebie „wytycznych”. Cały ład i porządek lega w gruzach, gdy w domu pojawia się mały człowiek….

DSC_6644aa-e1449261314193-1080x600
Źródło fotografii: Internet

Kiedyś byłam śpiochem. W tygodniu co prawda nie spałam długo ale sobotni poranek był dla mnie świętością. Niedzielny właściwie też. :) Uwielbiałam, gdy budziły mnie promienie słońca zamiast budzika. Odkąd jestem mamą, budzik nie jest mi potrzebny. Nie ważne czy jest akurat poniedziałek, środa, niedziela czy Święto. Dziecko budzi się kiedy chce, a ja muszę razem z nim. Córka potrafi dać mi jeszcze „5 minut” rozwalając zabawki po pokoju. Z łóżka wyciąga mnie dopiero, gdy jest głodna. Syn natomiast jest bezlitosny. Dla niego każda pora do pobudki jest dobra. KAŻDA! Czasami żałuję, że nie wyspałam się „na zapas”. Co mnie pokusiło, żeby 7 lat temu imprezować do białego rana? Mogłam SPAĆ! A te krzyżówki rozwiązywane na sali poporodowej do późna? Po co to było? No i dlaczego na studniówce bawiłam się do końca? Gdybym wtedy wiedziała jak cenny jest sen… :)

Kiedyś uwielbiałam maratony filmowe. Wieczorami mogłam oglądać niezliczoną ilość filmów. Seriale też oglądałam. W czasach, gdy poznałam swojego męża, w środku nocy byłam w stanie opisać szczegóły z jakiegokolwiek odcinka „Miodowych Lat”. Wszystkie znałam na pamięć. Teraz na pamięć znam niektóre bajki. Gdy w sobotę włączam córce telewizję, sama jestem w stanie stwierdzić, który odcinek już oglądałyśmy. Nie pamiętam jednak, kiedy ostatnio obejrzałam jakiś film. Pierwszą połowę przerywa budzące się dziecko, a na drugiej zasypiam. To już norma. :)

W firmowych sklepach często są promocje. Wiecie… kup dwie pary butów, a trzecią weź za złotówkę! :) Kiedyś na takie hasło wszystkie moje endorfiny dawały o sobie znać. Można było kupić sobie szpilki, baleriny i japonki. No rewelacja! :) Teraz wchodzę do sklepu i szukając butów dla siebie, kątem oka widzę jak córka przymierza już dziesiątą parę. O wszystkich oczywiście marzyła całe swoje życie i wszystkie są jej niezbędne do dalszego funkcjonowania… Jak myślicie… czyje buty w takiej sytuacji są za złotówkę? :)

Pamiętam czasy, gdy do granic wytrzymałości doprowadzał mnie papierek po cukierku zostawiony w moim wysprzątanym pokoju przez mojego brata. Dzisiaj w ogóle mnie to nie rusza. Każdego dnia w południe moje mieszkanie błyszczy. Potem z przedszkola wraca córka. Wystarczy 5 minut, by cała moja praca poszła na marne. Milion razy zarzekałam się już, że nie będę sprzątać rano. Po co to? Po co „marnuję” tyle czasu na zbieranie zabawek, segregowanie skarpetek i poprawianie łóżek?! No nie wiem…ale mimo wszystko robię to codziennie. Papierek po cukierku nie robi już na mnie żadnego wrażenia.

Kiedyś irytowało mnie, gdy moja mama „grzebała” w moich rzeczach. Nigdy nie zaglądała do szuflad, pod łóżko, nie grzebała mi w kieszeniach ani nie przeglądała telefonu. Czasami wchodziła do mojego pokoju z odkurzaczem, zbierając przy okazji brudne koszulki wiszące na krześle. Choć ona robiła to z dobrego serca, ja nigdy tego nie lubiłam. Teraz nie mam nic do powiedzenia. Moja szczotka do włosów codziennie ma inne miejsce (aktualnie zaginęła w niewyjaśnionych sytuacjach), telefon komórkowy posiada funkcje, które zna tylko moja córka, buty są ulubioną zabawką syna, który z resztą uwielbia też grzebać w moich ciuchach. Zbyt nisko położony krem do twarzy idealnie nadaje się do zabawy i zamiany w „totalnie białego człowieka”. Po mału zaczynam przygotowywać się na to, że rano zobaczę córkę wychodzącą do szkoły w mojej koszulce. Wytrzymam to…obiecuję! :)

Pamiętam też imprezy rodzinne. Wszyscy spotykaliśmy się przy jednym stole i popijając drinki rozmawialiśmy na różne tematy. Często ciężko było oderwać się od rozmowy. Teraz ciężko jest oderwać się od dzieci. Serio! Są imprezy rodzinne na których nie zamienię ani jednego słowa z ciotką, wujkiem, kuzynem czy babcią. Buzia mi się jednak nie zamyka. Bez przerwy mówię: „nie ruszaj!”, „uważaj!”, „nie biegaj!”, „zjedz coś”,”odpocznij”, „biegnij siku!”.

Zawsze byłam łakomczuchem. Niedzielny obiad przygotowany przez mamę mógł trwać w nieskończoność. Po obiedzie obowiązkowo odpoczynek przy kawie i ciastku. Teraz…z mężem jemy „na wyścigi”. On pochłania wszystko co znajduje się na talerzu, a ja karmię syna i pilnuję, by córka nie zrzuciła talerza na podłogę lub nie zamoczyła w zupie włosów. W międzyczasie próbuję nabić coś na swój widelec. Potem mąż przejmuje pałeczkę. Podejrzewam jednak, że on nauczył się jeść bez gryzienia, a ja przez najbliższe lata nie zjem ciepłego posiłku.
O kawie z rana przypominam sobie w południe… To już taki zwyczaj. :)

Spacery po parku były dla mnie ogromnym relaksem. Uwielbiałam oglądać pływające kaczki, wsłuchiwać się w śpiew ptaków i szeleszczące liście. W miniaturowej torebce zawsze miałam parę groszy na jakąś przekąskę, telefon, chusteczki i paczkę papierosów jeśli akurat wtedy paliłam. Teraz spacer nie ma nic wspólnego z relaksem. Miniaturowa torebka zupełnie do niczego się nie nadaje. Do parku trzeba „zatachać” picie (dla każdego członka rodziny inne), mega pakę biszkoptów, chusteczki nawilżane, kocyk, smoczki, grzechotki, worek chleba dla kaczek, a najlepiej jeszcze hulajnogę, rowerek i ulubionego pluszaka. Na końcu okazuje się jednak, że młody ma dość siedzenia w wózku, a córkę bolą nogi, więc z rowerka i tak korzystać już nie będzie. Najlepiej jakby ją ktoś jeszcze poniósł. No i rowerek przetransportował do domu. Czasami mam wrażenie, że do parku najlepiej jest wybrać się samochodem… :)

Zimą, zbawienne dla mnie były długie kąpiele w gorącej wodzie i z ogromną ilością pachnącej piany. Teraz długie kąpiele mają dzieci. Ja nigdy nie wchodzę do wanny, gdy w domu nie ma męża. Parę razy próbowałam i zazwyczaj nie udawało mi się włożyć do środka drugiej nogi. :) Kąpie się więc późnym wieczorem. Wtedy nie mam już sił na wylegiwanie się w wannie, bo w głowie siedzi mi już tylko poduszka. Kilka razy próbowałam odpocząć w wannie za dnia, gdy mąż miał oko na dzieci. To jednak nie jest takie proste. Córka zawsze akurat wtedy musiała skorzystać z ubikacji, a jak już zobaczyła kąpiącą się mamę to koniecznie musiała dotrzymać jej towarzystwa. :)

Długie rozmowy telefoniczne z przyjaciółką? Wypłakiwanie się sobie do słuchawki, wzajemne sprawdzanie wiedzy z marketingu przed egzaminem i opowiadanie randek było na porządku dziennym. Teraz, bez względu na to czy rozmawiam z mężem, mamą, facetem z banku, przedstawicielem sieci komórkowej, ankieterem, dyrektorką przedszkola czy rejestratorką z przychodni, córka też chce porozmawiać. Jeśli dostanie już telefon do ręki, zazwyczaj rozmawia dłużej niż ja. Dobry sposób na niechcianych telemarketerów! :)

Nigdy nie należałam do osób „pyskatych”. Zazwyczaj jednak potrafiłam wyrażać swoje zdanie, a nawet „postawić na swoim”. Teraz, ewidentnie jestem zdominowana przez czterolatkę. Każdego dnia zdarza się sytuacja, gdy kompletnie nie wiem co jej odpowiedzieć. Ba! Taka sytuacja zdarza się średnio raz na godzinę (niektóre z łatwością można odnaleźć na mojej stronie na Facebooku)! :)

Gotować uwielbiałam zawsze! Zamykałam się w kuchni i z przyjemnością przygotowywałam obiad dla całej rodziny. Teraz…choć też sprawia mi to przyjemność, mam wrażenie, że gotuję dla całej armii. Nie jeden obiad dziennie, a cztery! Dla męża wersja podstawowa czyli ziemniaki, schabowy w panierce i kapusta, dla mnie najlepiej gotowane brokuły, dla córki nic co zielone no i dla syna coś zdrowego, bez przypraw. Jeśli obiad ma być jeden to serio trzeba się nagłowić! :) Nie wspomnę już o tym, że kiedyś wszystko musiało być idealne. Kotlet idealnie wysmażony, ziemniaki, makaron, warzywa idealnie ugotowane, a sos idealnie doprawiony. Nie macie nawet pojęcia ile razy spaliłam już kotleta odkąd syn pojawił się na świecie! :)

Przyznaję, że nigdy nie lubiłam czytać lektur. Książki owszem, ale takie jakie sama sobie wybrałam. Jest parę lektur, których nigdy w ręce nie trzymałam. Wiecie co…. żałuję!!! Serio! Nie macie nawet pojęcia ile bym dała za wieczór z książką! Teraz mogłabym czytać „Pana Tadeusza” cały dzień i całą noc! Mogłabym przeczytać wszystkie lektury i wrócić do książek już przeczytanych… Tylko ja i książka! No dobra…na początek może być nawet gazeta…ale w ciszy i spokoju… :)

Gdy na świecie pojawia się dziecko, wiele się zmienia. Zwłaszcza, gdy jest jeszcze całkiem małe, nie ma już „naszych zasad”. Zasady ustala ten mały człowiek! No ale…czy nie jest warto? :) Choć z uśmiechem na twarzy wspominam czasy, gdy nie miałam jeszcze dzieci, a jedynym ograniczeniem dla mnie były godziny mojej pracy i zajęć na studiach, to śmiało mogę stwierdzić, że kocham takie życie! Czasami szkoda mi, że czas tak szybko leci, a dzieci z dnia na dzień są starsze, samodzielniejsze, mądrzejsze… Czasami jednak nie mogę się doczekać, gdy z córką usmażę pierwszego kotleta, z synem obejrzę dobrą komedię i poleżę sama w wannie godzinę pewna, że dzieci nie grzebią właśnie w kontaktach, nie gryzą kabli ani nie wkładają do buzi pięciogroszówek. :)

Wpis potraktujcie oczywiście z przymrużeniem oka. :)

Pozdrawiam,
M.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *