Sakramentalne niespodzianki

Pamiętacie, jak jeszcze całkiem niedawno, była fala ślubów kobiet ciężarnych, a nawet tych ledwo potrafiących funkcjonować świeżo po porodzie? :)
Sama dokładnie pamiętam jak koleżanki zachodziły w ciążę, a zaraz po zobaczeniu dwóch kresek na teście, szukały ślubnych kreacji (czasami szukały nawet męża). :)  Wesele organizowane było na szybko, w jedynej restauracji w mieście z wolnym terminem, w domu prababci albo nie było go wcale. Śluby na ogół były cywilne, bo taki łatwiej zorganizować, a i przed Bogiem przysięgać nie trzeba. :) Nigdy nie rozumiałam, jak można pakować się w to wszystko, tylko ze względu na dziecko. Zawsze wydawało mi się, że ślub powinien być pierwszy, a jeśli tak już się nie stało, to sakramentalne „tak”powinno się powiedzieć tylko wtedy, gdy jest się na to gotowym. Dzisiaj zaczynam jednak wszystko rozumieć… :)
001 Źródło fotografii: Internet

Gdy urodziło nam się pierwsze dziecko, nie byliśmy małżeństwem. Mimo wszystko, zależało nam na tym, by córkę ochrzcić. Udaliśmy się więc do kancelarii parafialnej, by „dopiąć” wszelkie szczegóły. Ksiądz siedzący za biurkiem, w ciasnym pokoiku, był bardzo radosny i uśmiechnięty. Od razu zapytał nas o ślub. Gdy powiedzieliśmy, że ślubu nie mamy, z uśmiechem na twarzy zapytał tylko, czy w przyszłości planujemy zostać małżeństwem. Choć szczerze odpowiedzieliśmy, że tak, domyślam się, że w takiej sytuacji nikt nie odpowiedziałby inaczej. :) Tyle wystarczyło. Na stół położyliśmy zaświadczenia z parafii rodziców chrzestnych i kopertę, której właściwie kłaść nie musieliśmy. Ksiądz sam zasugerował, że koperta jest tylko naszą własną wolą. :) Córkę ochrzcili, problemu nie było.
Drugie dziecko, na świat przyszło, gdy byliśmy już małżeństwem. Ślub wzięliśmy tylko cywilny, z wiadomych przyczyn (klik). :) Zaczęliśmy organizować kolejne chrzciny. :) Okazało się jednak, że nie jest to takie łatwe….
Tym razem za biurkiem siedział inny ksiądz. Pytanie o ślub ponownie się pojawiło. :) CYWILNY?! Przykro mi ale nie możecie Państwo iść do komunii… I nie ważne, że z całego serca staramy się żyć w zgodzie ze światem, szanując innych ludzi i pomagając jak tylko się da. Nie ważne, że nie zabijamy, nie kradniemy, nie pożądamy męża/ żony sąsiadów ani ich wycieraczek do butów, czy samochodów stojących pod naszymi oknami. Ważne, że ślub kościelnym nie jest! :) Rodzicami chrzestnymi czy świadkami na ślubie też być nie możemy, bo to się nie godzi!
Nie ważne…. Łaskawie dziecko nam ochrzczą. Koperta na stole tym razem była całkiem mile widziana. Do środka jednak nie zaglądali. :) Zaświadczenia z parafii chrzestnych już nie wystarczyły. Tu zaczęła się dopiero dyskusja. :) Ksiądz dokładnie sprawdzić musiał, czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru. Wywiad środowiskowy trwał dłuższą chwilę. Podać trzeba było gdzie owi rodzice się urodzili, gdzie mieszkają, gdzie co niedzielę do kościoła chodzą,  czy ślub kościelny brali, a jeśli tak to kiedy i gdzie (dokładnie, co do dnia!). W końcu udało się dobrnąć do końca rozmowy.

Jak się jednak okazało, szczegółowy ksiądz to pikuś w porównaniu do tego, co spotkało innych. :) Mój wujek, chrzcił swojego syna razem ze swoją bratanicą. Dzieciaki urodziły się w tym samym miesiącu, rodzinę mają wspólną, więc połączona „impreza” to duża oszczędność, głównie w restauracji. Tak więc, wspólnie udali się do kancelarii parafialnej, dopełnili wszelkich formalności i położyli na stół wspólną kopertę. Ksiądz zajrzał do środka, zobaczył 100 zł i…. koperty nie przyjął. Jasno i czytelnie oznajmił, że kwota w kopercie powinna być dwa razy większa. :) Nie zgodził się nawet na doniesienie kolejnej stówki. Kopertę kazał zabrać i wrócić z należycie wypełnioną….
Drugą sytuację opowiadała mi znajoma. :) Pierwsze dziecko, rok po ślubie cywilnym, ochrzczono jej bez problemu. Gdy zaszła w drugą ciążę zmienili mieszkanie na większe. Okazało się, że ksiądz nie zgodził się na ochrzczenie ich dziecka, bo…. nie przyjęli kolędy i nie wzięli ślubu kościelnego, choć nie mają ku temu żadnej przeszkody. Prośby, a nawet płacz, nie zmieniły zdania księdza. :) Poszli więc do innej parafii, tej, do której należeli przed wyprowadzką. Łatwo nie było, ale po wielu prośbach, wysyłanych pismach i staraniach, udało im się ochrzcić dziecko. :) Najlepsze w tej historii jest to, że ksiądz, który stanowczo odmówił udzielenia tego sakramentu, wystosował do poprzedniej parafii pismo, stawiając rodzinę znajomej w najgorszym świetle. :) Coś mi się wydaje, że w tym mieszkaniu kolędy już raczej nie przyjmą. :)

Chrzcinami syna nie czułam się zestresowana. Drugie dziecko, drugie podejście do sprawy… czego tu się bać?! :) Wszystko zmieniło się dzień wcześniej! :)
Specjalnie na tą okazję, kupiłam sobie sukienkę. Za kolano, elegancką, czarną… CZARNĄ!?!? Przecież w czarnej na chrzciny nie pasuje! To wesoła uroczystość! No więc poszłam… w białej, pożyczonej w ostatniej chwili, przykrótkawej. :) Dobrze, że zimno było, więc w kościele udało mi się zakryć płaszczem. :)
Wiedziałam, że po ceremonii w kościele i obiedzie w restauracji, będziemy mieli gościa. Chciałam więc, by w mieszkaniu panował ład i porządek, o ile, przy dwójce dzieci taki w ogóle istnieje. :) Sama zabrałam się za porządki w mieszkaniu, a mąż zapuścił nura w pokoju dziecięcym. Tam było co robić!!! O dziwo, szybko ogarnął sytuację. Wieczorem, niespełna 20 godzin przed chrzcinami, mieszkanie doprowadzone było do stanu używalności. Zostało tylko jedno…. sflaczały balon z resztką helu w środku, leżący na środku dziecięcego pokoju. Jednym słowem- ulubiona zabawka naszej córki. :) Nie mieliśmy serca, by go wyrzucić. Mąż nadmuchał więc balon, by tarzając się po podłodze, posiadał przynajmniej jakiś kształt. Męczył się nieco z zawiązaniem jego końca, więc postanowił pomóc sobie zapalniczką stapiając końcówkę balona. Siedziałam z dziećmi w pokoju. Usłyszałam ogromny trzask, mieszkanie nam się zatrzęsło, a zamknięte okna same się otworzyły. Szybko zaczęłam uspokajać wystraszonego syna. Do kuchni nie dało się wejść, bo straszliwie śmierdziało. :) Zerknęłam tylko czy wszystko jest w porządku, ale zobaczyłam palącą się podłogę. Wróciłam do pokoju. by odłożyć dziecko, ponownie pobiegłam do kuchni. Jak się okazało, zaraz po odpaleniu zapalniczki obok balona, nastąpił wybuch. Finalnie, skończyło się zakończeniem balonowego życia, wypaloną dziurą w kuchennym linoleum i poparzoną ręką męża. Zamiast przyjemnego wieczoru ( z żelazkiem w ręce ), jeździłam po aptekach. :) Ręka wyglądała strasznie, mąż do szpitala jechać jednak nie chciał. Nafaszerował się tabletkami i jakoś utrzymał nasze dziecko przez godzinę w kościele. :) Morał z tego taki, że balony z helem nie są napełnione helem i nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze taki kupię!
Wieczorem naszykowałam już świecę i szatkę, by przypadkiem o nich nie zapomnieć, co w gruncie rzeczy, byłoby całkiem możliwe. Święcę mieliśmy nową, bo jakoś tak zaplanowałam, że przyda się do Pierwszej Komunii Świętej ( chociaż trzyletnia już świeca córki, z bielą nie ma nic wspólnego ), ale szatki nie kupowaliśmy. Po co, skoro mamy po córce… No właśnie! Po córce!! Z pięknym, różowym aniołkiem na środku. Musielibyście widzieć nasze miny! :)
Na samym końcu, jakby stresu było mało, zgubiłam, specjalnie przygotowane na tą okazję, spodnie syna. W sobotni wieczór przekopałam całe mieszkanie, a w niedzielę rano, przekopałam je ponownie. :) No nie ma, zniknęły. Spodnie były eleganckie, ale bardzo wygodne i ubierałam je synowi już wiele razy. Ostatnio, dwa dni przed chrzcinami. :) Nie ma ich w pralce, w koszu na pranie, na suszarce, za łóżkiem, pod łóżkiem, za stołem, pod łóżeczkiem, w szafie, w szufladzie… no nigdzie!!! :) Na szybko trzeba było więc organizować coś innego. :)

Przez moment, miałam wrażenie, że cały świat obrócił się przeciwko nam i zaczęłam obawiać się, że jak tak dalej pójdzie to chrzciny trzeba będzie przełożyć.
Na szczęście, odbyły się planowo, w pełnym składzie, bez ofiar i innych niespodzianek, a syn przespał całą swoją pierwszą „imprezę” i nie było siły, która, by go zbudziła. :) <3
11998359_1628898354027854_682237769_n  11997228_1628898347361188_991775529_n

Pozdrawiam,
M.

4 comments on “Sakramentalne niespodzianki

  1. Coś o tym wiem. Nam ksiądz na kolędzie powiedział, że skoro żyjemy bez ślubu to w OGÓLE nie możemy chodzić do komunii, spowiedź również jest niewskazana. Tzn. do spowiedzi możemy iść, ale ona jest nie ważna bo żyjemy w grzechu i nie chcemy się poprawić.
    Strach pomyśleć co będzie jak będziemy chcieli dziecko ochrzcić ;/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *